Manu..Zwarty i gotowy do drogi. W koncu Ladakh czeka!!
...Tuz przed wyjazdem z domu
...Tuz przed wyjazdem z domu
































Niby nic wielkiego, ale moze uchwycili nas w jakims kadrze:)










Tego dnia szef kuchni podawal kanapki z serem i ogorkami.. mniam mniam!!









Szczesliwie nikt mnie nie przylapal na robieniu zjdec:)




























I pomyslec, ze ponad miesiac pozniej wracalam ta sama droga i nie znalazlam ani jednego platka sniegu!!
































































20 -22.06.2009
Przyszedl czas na szczegóły mojej prawie dwumiesięcznej wyprawy do Ladakh:)
W droge wyruszylam razem z Manu. Pomimo jego ograniczen czasowych nie udalo nam się poleciec do Leh. Ceny biletow straszliwie podskoczyly, a nasze kieszenie nie pozwalaly nam na takie zachcianki. Loty Delhi- Leh jeszcze w maju kosztowaly około 2500 rupii w dwie strony. Teraz ich cena podskoczyla do 9000-15000 INR. Ale co się dziwic.. w koncu sezon w Ladakh rozpoczęty!!:)
My wybraliśmy wiec droge ladowa:) Wyruszylismy z Delhi w sobote (20.06.2009) poznym popołudniem. Ku naszemu zaskoczeniu wyjazd z Delhi nie był taki latwy. Jak się okazalo na dworcu I.C.B.T niemal wszystkie autobusy do Manali były zapchane. Dopiero pozniejszy autobus o 18:45 zabral dwojke szalonych backpacker’ow:). Dobrze jednak, ze dostaliśmy dwa wygodne miejsca w przodzie.. był to raj dla nog i ciala przy tak dlugiej podrozy:) Jak to w zyciu bywa, nie obeszlo się bez malej klotni z konduktorem, który nakazal nam wrzucic plecaki na dach (mimo, ze wszyscy pozostali pasażerowie upakowali znacznie wieksze ilości bagazy do srodka). Jakims sposobem tylko nasze plecaki staly mu na przeszkodzie. No coz.. szkoda było nerwow.. wrzucilismy plecaki na dach i liczylismy na to, ze nie będzie padac.
Droga do Manali zajela nam ponad 15 godzin. Cale szczescie spalam, wiec jakos szybko to minelo. Oczywiście zatrzymywaliśmy się na jakies postoje, podczas których nawiązały się rozmowy z lokalnymi ludzikami. Najpierw Manu spodobal się mieszkance Manali, która nie omieszkala pochwalic się cala rodzina i wszystkimi osiagniecami jej zycia (emerytowana ekonomistka, która obecnie zajmuje się uprawa kwiatow w Manali). A potem mlody student, który staral się namowic Manu na pomoc w znalezieniu pracy. Już się przyzwyczailam, ze podróżując z Manu on gra pierwsze skrzypce.. ale przyznam szczerze, ze nie przeszkadza mi to w cale. Ja mam wtedy chwile wytchnienia i możliwość delektowania się sytuacja z boku:):)
Po krotkiej przesiadce w Kullu, do Manali dojechalismy około 11 w poludnie. Tu pojawilo się pytanie. Jedziemy dalej, czy zostajemy na noc? Istnialo bowiem ryzyko, ze do nastepnego przystanku, a mianowicie w Keylong, dojedziemy bardzo pozno. Drugie ryzyko obejmowalo chorobe wysokosciowa. Nie martwilam się o siebie, bo ostatnimi czasy pobiegalam nieco po gorkach. Niepokoila nas bardziej kondycja Manu. Aby dojechac do Keylong przejezdza się przez wysoko polozona przelecz – Rohtang Pass ( 3978 m npm). No i zastanawialiśmy się, czy dla zasiedzialego w Delhi Manu nie będzie to zbyt wysoko jak na pierwszy dzien.
Sprawa rozwiązała się jednak sama. Plan zakładał, ze do Leh jedziemy lokalnym autobusem. W koncu Drahanka wlasnie w taki sposób podrozuje:) Jak się jednak okazalo tego dnia wszystkie autobusy do Keylong były makabrycznie przepelnione. Spotkalismy jednego białego turyste, który wybieral się w to samo miejce i od rana próbował wsiąść do autobusu zmierzającego do Keylong, niestety bezskutecznie… wszystkie były tak zatloczone. A w koncu jazda na stojąco przez ponad 6 godzin po makabrycznych wertepach na pewno nie należy do przyjemności. Postanowilismy jednak spróbować. Około 12 przyjechal ostatni tego dnia autobus do Keylong (większość z nich zaczyna trase w Kullu i w Manali nie ma już wolnych miejsc). No i nie udalo się. Już jak wjechal na dworzec był całkowicie pelny.. zostaly tylko miejsca stojace i to przy drzwiach na tylach. To nas zniechęciło calkowicie, zreszta po 16 godzinach jazdy nie mielismy sily na takie niewygody. Postanowilsimy zostac w Manali.
Udalismy się wiec do znajomego mi GH w Old Manali – Manu GH. Za calkiem przyjemny pokoj zaplacilsimy 150 INR i postanowilismy podelektowac się Manali.
Przyznam szczerze, ze nie jestem zwolenniczka Manali, traktuje to miejsce jako chwilowy przystanek w dalszej drodze. Może Manali potrafi zauroczyc pieknymi wzgorzami, lasami, czy przepieknymi sadami jabłkowymi. Jednak atmosfera miasteczka bardziej kreci się wokół imprez, palenia, brania narkotokow. Czy mi to odpowiada? Czy jest to mój swiat?.. nie!!! Stad takie nastawienie do tego miejsca.
Manu również nie naciskal na pozostanie w Manali, wiec spontanicznie podjęliśmy decyzje, aby wyjechac w nocy. To prawda nie było to zgodne z naszym planem, gdyz chcieliśmy dojechac do Leh lokalnym autobusem, ale z drugiej strony oszczędzaliśmy czas, który w przypadku Manu był naprawde ograniczony. Wykupilismy wiec miejsca w mini busie wyjeżdżającym z Manali do Leh o godzinie 2-giej w nocy (koszt 1100 INR/os, czas przejazdu – 18-20 godzin). Dla zainteresowanych dodam, ze trafiliśmy na najlepsze siedzenia, numer 9 i 10 - najwiecej miejsca, oba przy oknie. Te siedzenia próbowałam rezerwowac przy innych przejazdach, ale nie należało to już do najłatwiejszych – rozchodza się bowiem jak swieze buleczki:)
Droga do Leh była nieziemska!! Na pewno nie zapomne jej do konca zycia. To prawda, ze towarzyszyly nam niewygody, trzęsło, było goraco, kurzylo się i co najwazniejsze była niemiłosiernie dluga.. ale te wszystkie niewygody zostaly przysłonięte przez krajobraz jaki mijalismy za oknem. Tego się nawet nie da opisac.
Poczatkowo jechalsimy w nocy, w koncu wyjechalismy z Manali o 2-giej. Wszyscy wykorzystali ten czas na spanie. Budzilismy się ze snu, gdy za oknem zaczęło się robic jasniej i naszym oczom powoli ukazywaly się przecudowne gory. Samochod mknął pod gore, az dotarliśmy do pierwszej przeleczy Rohtang Pass (3978 m npm). Cala przelecz zakryta była gruba warstwa śniegu, tylko na drodze zrobiony był tunel, aby umożliwić przejazd. Tak naprawde przelecz Rohtang jest jednym z waskich gardel drogi do Leh. Otwarta jest tylko w okresie letnim, mniej wiecej od maja/czerwca do wrzesnia/pazdziernika. Stad również prowadzi droga do doliny Spiti. Niestety obok przepieknych widokow przelecz slynie również z olbrzymich korkow i nierownej nawierzchni. Ale w koncu wjeżdżamy w Himalaje:):)
Tego dnia gdy wjeżdżaliśmy na Rohtang slonce wlasnie rzucalo swoje pierwsze promienie na okoliczne szczyty. Od tego momentu moje serce zaczęło bic mocniej, a ja bylam coraz bardziej podekscytowana. Pocztakowo droga prowadzila licznymi wioskami, po których obu stronach wznosily się przecudowne, wysokie, ośnieżone szczyty. Potem krajobraz powoli stawal się coraz bardziej dziewiczy, opustoszaly! Pierwszy przystanek mielismy w Darcha- 3300 m npm (tu konczy się jedna z najpiękniejszych tras trekingowych przez Zanskar – trekking z Lamayuru do Darcha, 19-21 dni niesamowitej przygody z gorami).
Potem dalej w droge na przecudowna przelecz Baralacha (5100 m npm). Tutaj widoki nas powalily. Już jak wjeżdżaliśmy na przelecz wokolo zalegal snieg, szczyty mienily się w słońcu. Było bajecznie i przepieknie. Sama przelecz jest dosc plaska i rozlegla. Ale ma niesamowity urok, szczególnie o tej porze roku (wracalam przez nia dwa miesiące pozniej i już wyglądała calkiem inaczej). Teraz droga prowadzila przez wysoki czasem na 3-4 metry tunel, wyżłobiony w śniegu. To było niesamowite przezycie. Zawsze marzylam o podrozy przez tak ośnieżone tereny. Ku naszemu szczesciu, a nieszczęściu jednego kierowcy, jedna z ciężarówek przed nami zasypala się nieco w śniegu i zablokowala caly ruch tuz przy zjedzie z przeleczy. To było pol godziny dla nas, na piekne zdjęcia, podziwianie metrowych sopli na lodzie, no i samego tunelu, w którym utknęliśmy. Do tego przecudowne ośnieżone Himalaje wokolo. Czego wiecej pragnac. Ja fruwalam ze szczescia:) Niestety Manu odczul w tym czasie skutki wysokości. Choroba wysokosciowa zaczynala dawac o sobie znaki.. w koncu wjechalismy na ponad 5000 m. Bol Glowy, jak i trudności z oddychaniem nie pozwolily mu cieszyc się z takim entuzjazmem, jak moj:) Na szczescie tabletki przeciw chorobie wysokościowej -Diamox – zmniejszyly objawy (są dostępne w każdej aptece w Indiach i należy pierwsza dawke zazyc kilka godzin przed wjazdem w wysokie gory, a potem sukcesywnie by zmniejszcy objawy, dodatkowo należy pic duzo płynów).
Ale wracając do drogi. Po tak niesamowitej przeleczy dalsza droga schodzila coraz bardziej w dol, Az dotarliśmy do Sarchu (4150 m npm). Tu kolejna rejestracja paszportow, a było ich podczas podrozy kilka. Sarchu jest mala osada, nie nazywam jej wioska, bo nie ma tu typowych domow, która sluzy jako miejsce noclegowe w drodze do Leh. Jest tu wiele obozow z namiotami, gdzie można się przespac, bądź zjesc jakis posilek. Mnie to miejsce nie zauroczylo. Dalsza droga ciągnęła się przez niesamowite doliny, niemal pustynne. Krajobraz zmienial się coraz bardziej. Już nie było traw, drzew, wiosek… jedynie wysokie gory, piach i pustynny krajobraz. Widac bylo, ze zmierzamy do Ladakh:)
Kolejny przystanek mial miejsce w malej w osadzie Tang. Tutaj Manu juz wyraznie odczuwal skutki wysokości. Nie wspomne o tym, ze niemal cala droge spal i nie miał sily się ruszyc. Ja za to cala droge z aparatem w dloni wystawalam przez okno i pstrykalam zdjęcia. Bylam tak podekscytowana!!! W koncu jechałam w moje ukochane Himalaje:)
Droga ciagnela sie w nieskonczonosc,a w pewnych momentach byla nawet niebezpieczna. Na szczescie nasz kierowca był wolniejszy, ale co wazne prowadzil bardzo bezpiecznie (w innym poscie opisze, jak wracalam z Leh, kiedy to mielismy kierowce wariata i wielkszosc pasażerów modlila się, aby przezyc te podroz). Niestety musieliśmy za to zapłacić… czas podrozy przeciągnął się z 18 do 22 godzin:(. Pod koniec już wszyscy umierali ze zmeczenia. Nawet wygodne siedzenia nie pomagaly,a nogi i cale cialo wolaly "ratunku" od siedzenia w jednej pozycji. Ale co się dziwic. 22 godziny to dluuuuggii czas:). Z tego tez powodu juz po ciemku wjeżdżaliśmy na ostatnia przelecz – Taglung La (5328 m npm) i po ciemku dojechalismy do Leh o 1-szej w nocy. Nie omieszkam wspomniec, ze nasz kierowca przysnal na sekunde przed kierownica i to w drodze na przelecz. Wszyscy się wystraszyli, bo w koncu z jednej strony mielismy wysokie zbocze, a z drugiej wielka przepasc. Nakazalismy kierowcy wysiąść, odetchnąć na świeżym powietrzu, a po 15 minutach ruszyc dalej. Oczywiście kierowca zaprzeczyl, ze zasnął, dementując ten fakt stwierdzeniem, ze się przeciągał.. ale dla nas wyglądało to nieco inaczej. Jednak co się dziwic. 20 godzin przed kierownica, dla jednej osoby, po takich gorskich drogach to naprawde wielki wyczyn!! Cale szczescie wypadki autobusowe nie są czeste. Gorzej z ciężarówkami!
Jak wspomniałam do Leh dojechaliśmy o 1-szej. Wraz z Manu mielismy plan wysiąść w Karu, gdzie znajdowal się jeden z kolegow Manu. Niestety o tak poznej porze nie mogliśmy się do niego dodzwonic, wiec nie zostalo nam nic innego jak udac się prosto do Leh.
Leh przywitalo nas ciemnoscia i liczna iloscia psow na ulicach. Dodatkowo znalezienie noclegu nie było najłatwiejsze, bo kierowca zatrzymal się tuz przy dworcu autobusowym i nie wiedzielimy, gdzie się udac. W koncu był srodek nocy. Wraz z dwojka innych towarzyszy z drogi wzielismy taksowke, która zawiozła nas do turystycznej czesci Leh i tam w pierwszym dostępnym hotelu, wymeczeni nieziemsko zostaliśmy na noc.
ciag dalszy?
OdpowiedzUsuńhej.. ciag dalszy bedzie.. choc jakos mi to opornie idzie:)
OdpowiedzUsuńale dzisiaj zamiescilam kolejnego posta:)
papa