piątek, 11 września 2009

Podroz z Manali do Leh - droga do raju!

Manu..Zwarty i gotowy do drogi. W koncu Ladakh czeka!!
...Tuz przed wyjazdem z domu
Test spawnosci zaliczony!!!
Podczas postoju w Manali!


I nasz skromny pokoik w Manu GH!
Taki widok ujrzalam, gdy otworzylam oczy o swicie..jedziemy w Himalaje. WOW
Widok z Rohtang pass!!
Wjezdzajac na przelecz Rohtang (3987 m npm)!

Rowniez na przeleczy mozna znalezc schronienie!


A to juz podczas zjazdu! Sniegowy tunel!




Słonce zaczelo oswietlac okoliczne szczyty.. bylo przepieknie.
Poczatek jazdy.. Manu jeszcze zadowolony.
Niestety potem usmiech zniknal:(



Oj zakrecalo sie, zakrecalo...

Przez kolejne doliny z widokiem na przecudowne gory mknelismy do Keylong!






Widoki powalaly!




Zyc w takiej wiosce...marzenie kazdego!

I pomyslec ze na takiej wysokosci moga byc takie piekne pola!







W tym miejscu natrafilismy na ekipe filmowa...scena polegala na tym, ze mezczyzna trzymajac w rece mala owieczke odjezdzal na przyczepie..
Niby nic wielkiego, ale moze uchwycili nas w jakims kadrze:)

Przecudowne widoki z Keylong!!






Przyklad ciekawych robot drogowych.
Panowie siedza i rozbijaja kamienie na drobne czesci!!!

A to juz usmiechniety Manu podczas naszego pierwszego postoju w Darcha
(3300 m npm)

Ktos leniuchuje, a ktos inny pracuje:)
Tego dnia szef kuchni podawal kanapki z serem i ogorkami.. mniam mniam!!

Dwa lobuziaki w Darcha!


No i jedziemy dalej...





Natrafilsimy na ukryta w gorach jednostke wojskowa..
Szczesliwie nikt mnie nie przylapal na robieniu zjdec:)



Droga do Leh piela sie coraz wyzej:)



Widoki w drodze na przelecz Baralacha!


Czasem trzeba bylo przemierzyc rzeki..
Nasz busik dawal sobie spokojnie radę:)


Nasz przemily kierowca w akcji!

Przepiekny widok na doline, ktora wlasnie przebylismy!!




Na drodze Manali-Leh wlasnie takie pojazdy spotyka sie najczesciej - cysterny!

Sniegu bylo coraz wiecej!











Niemal jak w zimie.. a mamy przeciez czerwiec..
I pomyslec, ze ponad miesiac pozniej wracalam ta sama droga i nie znalazlam ani jednego platka sniegu!!

Tunelem do raju!
Czasem sciany sniegowego tunelu przewyzszaly nasz busik:)
Czasem widac bylo tylko dachy przemieszczajacych sie pojazdow...
Snieg zakrywal cala reszte:)







Nie wszyscy mieli szczescie przejechac przelecz po drodze..
Wyciagniecie takiej cysterny ze sniegu jest nie lada wyzwaniem!!
No i zawitalismy na przeleczy Baralacha (5100 m npm)!!
Ściany staly sie jeszcze wyzsze!
Jedna ciezarowka sie zepsula, a caly ruch zostal zatrzymany..




Widok z przeleczy!
A to nasz busik:)

Szczesliwi...
Czyzby nowy "Strongmen"...
Kategoria - rozbijanie sniegu glowa:)
A ja taka malutka...
Fruwalam ze szczescia..co widac na zalaczonym obrazku:)


Niemal jak w igloo

WOW..takim tunelem jeszcze nigdy nie jechalam!






Nie ma jak poleniuchowac na 5100 m npm:)






Towarzysze z drogi...
A to juz kolejny krotki postoj




Dojechalismy do Sarchu.. tu trzeba bylo sie zarejestrowac w policji!
Sarchu (4150 m npm)




Niby bezludzie, wysokie gory.. a oznaki cywilizacji sa..
To prawda niezdatne do uzycia, ale sa:)
I dalej w droge..tuz za Sarchu!






Aby przejechac przez most, najpierw trzeba bylo go naprawic:)







Ledwo zywy Manu podczas postoju...
..choroba wysokosciowa nie dala mu spokoju do samego Leh!

Kolejna przeprawa przez rzeke!





Krajobraz zmienial sie na coraz bardziej pustynny!





Kolejna bramka graniczna i rejestracja!
Wjezdzamy do stanu Jammu&Kashmir

Jestesmy w Ladakh!!
Osada Tang i ostatni postoj w drodze do Leh..



Manu cierpial...
Niestety pozostałą czesc drogi przemierzylismy w ciemnosci..
...stad brak dalszych zdjec:(


20 -22.06.2009
Przyszedl czas na szczegóły mojej prawie dwumiesięcznej wyprawy do Ladakh:)
W droge wyruszylam razem z Manu. Pomimo jego ograniczen czasowych nie udalo nam się poleciec do Leh. Ceny biletow straszliwie podskoczyly, a nasze kieszenie nie pozwalaly nam na takie zachcianki. Loty Delhi- Leh jeszcze w maju kosztowaly około 2500 rupii w dwie strony. Teraz ich cena podskoczyla do 9000-15000 INR. Ale co się dziwic.. w koncu sezon w Ladakh rozpoczęty!!:)
My wybraliśmy wiec droge ladowa:) Wyruszylismy z Delhi w sobote (20.06.2009) poznym popołudniem. Ku naszemu zaskoczeniu wyjazd z Delhi nie był taki latwy. Jak się okazalo na dworcu I.C.B.T niemal wszystkie autobusy do Manali były zapchane. Dopiero pozniejszy autobus o 18:45 zabral dwojke szalonych backpacker’ow:). Dobrze jednak, ze dostaliśmy dwa wygodne miejsca w przodzie.. był to raj dla nog i ciala przy tak dlugiej podrozy:) Jak to w zyciu bywa, nie obeszlo się bez malej klotni z konduktorem, który nakazal nam wrzucic plecaki na dach (mimo, ze wszyscy pozostali pasażerowie upakowali znacznie wieksze ilości bagazy do srodka). Jakims sposobem tylko nasze plecaki staly mu na przeszkodzie. No coz.. szkoda było nerwow.. wrzucilismy plecaki na dach i liczylismy na to, ze nie będzie padac.
Droga do Manali zajela nam ponad 15 godzin. Cale szczescie spalam, wiec jakos szybko to minelo. Oczywiście zatrzymywaliśmy się na jakies postoje, podczas których nawiązały się rozmowy z lokalnymi ludzikami. Najpierw Manu spodobal się mieszkance Manali, która nie omieszkala pochwalic się cala rodzina i wszystkimi osiagniecami jej zycia (emerytowana ekonomistka, która obecnie zajmuje się uprawa kwiatow w Manali). A potem mlody student, który staral się namowic Manu na pomoc w znalezieniu pracy. Już się przyzwyczailam, ze podróżując z Manu on gra pierwsze skrzypce.. ale przyznam szczerze, ze nie przeszkadza mi to w cale. Ja mam wtedy chwile wytchnienia i możliwość delektowania się sytuacja z boku:):)
Po krotkiej przesiadce w Kullu, do Manali dojechalismy około 11 w poludnie. Tu pojawilo się pytanie. Jedziemy dalej, czy zostajemy na noc? Istnialo bowiem ryzyko, ze do nastepnego przystanku, a mianowicie w Keylong, dojedziemy bardzo pozno. Drugie ryzyko obejmowalo chorobe wysokosciowa. Nie martwilam się o siebie, bo ostatnimi czasy pobiegalam nieco po gorkach. Niepokoila nas bardziej kondycja Manu. Aby dojechac do Keylong przejezdza się przez wysoko polozona przelecz – Rohtang Pass ( 3978 m npm). No i zastanawialiśmy się, czy dla zasiedzialego w Delhi Manu nie będzie to zbyt wysoko jak na pierwszy dzien.
Sprawa rozwiązała się jednak sama. Plan zakładał, ze do Leh jedziemy lokalnym autobusem. W koncu Drahanka wlasnie w taki sposób podrozuje:) Jak się jednak okazalo tego dnia wszystkie autobusy do Keylong były makabrycznie przepelnione. Spotkalismy jednego białego turyste, który wybieral się w to samo miejce i od rana próbował wsiąść do autobusu zmierzającego do Keylong, niestety bezskutecznie… wszystkie były tak zatloczone. A w koncu jazda na stojąco przez ponad 6 godzin po makabrycznych wertepach na pewno nie należy do przyjemności. Postanowilismy jednak spróbować. Około 12 przyjechal ostatni tego dnia autobus do Keylong (większość z nich zaczyna trase w Kullu i w Manali nie ma już wolnych miejsc). No i nie udalo się. Już jak wjechal na dworzec był całkowicie pelny.. zostaly tylko miejsca stojace i to przy drzwiach na tylach. To nas zniechęciło calkowicie, zreszta po 16 godzinach jazdy nie mielismy sily na takie niewygody. Postanowilsimy zostac w Manali.
Udalismy się wiec do znajomego mi GH w Old Manali – Manu GH. Za calkiem przyjemny pokoj zaplacilsimy 150 INR i postanowilismy podelektowac się Manali.
Przyznam szczerze, ze nie jestem zwolenniczka Manali, traktuje to miejsce jako chwilowy przystanek w dalszej drodze. Może Manali potrafi zauroczyc pieknymi wzgorzami, lasami, czy przepieknymi sadami jabłkowymi. Jednak atmosfera miasteczka bardziej kreci się wokół imprez, palenia, brania narkotokow. Czy mi to odpowiada? Czy jest to mój swiat?.. nie!!! Stad takie nastawienie do tego miejsca.
Manu również nie naciskal na pozostanie w Manali, wiec spontanicznie podjęliśmy decyzje, aby wyjechac w nocy. To prawda nie było to zgodne z naszym planem, gdyz chcieliśmy dojechac do Leh lokalnym autobusem, ale z drugiej strony oszczędzaliśmy czas, który w przypadku Manu był naprawde ograniczony. Wykupilismy wiec miejsca w mini busie wyjeżdżającym z Manali do Leh o godzinie 2-giej w nocy (koszt 1100 INR/os, czas przejazdu – 18-20 godzin). Dla zainteresowanych dodam, ze trafiliśmy na najlepsze siedzenia, numer 9 i 10 - najwiecej miejsca, oba przy oknie. Te siedzenia próbowałam rezerwowac przy innych przejazdach, ale nie należało to już do najłatwiejszych – rozchodza się bowiem jak swieze buleczki:)
Droga do Leh była nieziemska!! Na pewno nie zapomne jej do konca zycia. To prawda, ze towarzyszyly nam niewygody, trzęsło, było goraco, kurzylo się i co najwazniejsze była niemiłosiernie dluga.. ale te wszystkie niewygody zostaly przysłonięte przez krajobraz jaki mijalismy za oknem. Tego się nawet nie da opisac.
Poczatkowo jechalsimy w nocy, w koncu wyjechalismy z Manali o 2-giej. Wszyscy wykorzystali ten czas na spanie. Budzilismy się ze snu, gdy za oknem zaczęło się robic jasniej i naszym oczom powoli ukazywaly się przecudowne gory. Samochod mknął pod gore, az dotarliśmy do pierwszej przeleczy Rohtang Pass (3978 m npm). Cala przelecz zakryta była gruba warstwa śniegu, tylko na drodze zrobiony był tunel, aby umożliwić przejazd. Tak naprawde przelecz Rohtang jest jednym z waskich gardel drogi do Leh. Otwarta jest tylko w okresie letnim, mniej wiecej od maja/czerwca do wrzesnia/pazdziernika. Stad również prowadzi droga do doliny Spiti. Niestety obok przepieknych widokow przelecz slynie również z olbrzymich korkow i nierownej nawierzchni. Ale w koncu wjeżdżamy w Himalaje:):)
Tego dnia gdy wjeżdżaliśmy na Rohtang slonce wlasnie rzucalo swoje pierwsze promienie na okoliczne szczyty. Od tego momentu moje serce zaczęło bic mocniej, a ja bylam coraz bardziej podekscytowana. Pocztakowo droga prowadzila licznymi wioskami, po których obu stronach wznosily się przecudowne, wysokie, ośnieżone szczyty. Potem krajobraz powoli stawal się coraz bardziej dziewiczy, opustoszaly! Pierwszy przystanek mielismy w Darcha- 3300 m npm (tu konczy się jedna z najpiękniejszych tras trekingowych przez Zanskar – trekking z Lamayuru do Darcha, 19-21 dni niesamowitej przygody z gorami).
Potem dalej w droge na przecudowna przelecz Baralacha (5100 m npm). Tutaj widoki nas powalily. Już jak wjeżdżaliśmy na przelecz wokolo zalegal snieg, szczyty mienily się w słońcu. Było bajecznie i przepieknie. Sama przelecz jest dosc plaska i rozlegla. Ale ma niesamowity urok, szczególnie o tej porze roku (wracalam przez nia dwa miesiące pozniej i już wyglądała calkiem inaczej). Teraz droga prowadzila przez wysoki czasem na 3-4 metry tunel, wyżłobiony w śniegu. To było niesamowite przezycie. Zawsze marzylam o podrozy przez tak ośnieżone tereny. Ku naszemu szczesciu, a nieszczęściu jednego kierowcy, jedna z ciężarówek przed nami zasypala się nieco w śniegu i zablokowala caly ruch tuz przy zjedzie z przeleczy. To było pol godziny dla nas, na piekne zdjęcia, podziwianie metrowych sopli na lodzie, no i samego tunelu, w którym utknęliśmy. Do tego przecudowne ośnieżone Himalaje wokolo. Czego wiecej pragnac. Ja fruwalam ze szczescia:) Niestety Manu odczul w tym czasie skutki wysokości. Choroba wysokosciowa zaczynala dawac o sobie znaki.. w koncu wjechalismy na ponad 5000 m. Bol Glowy, jak i trudności z oddychaniem nie pozwolily mu cieszyc się z takim entuzjazmem, jak moj:) Na szczescie tabletki przeciw chorobie wysokościowej -Diamox – zmniejszyly objawy (są dostępne w każdej aptece w Indiach i należy pierwsza dawke zazyc kilka godzin przed wjazdem w wysokie gory, a potem sukcesywnie by zmniejszcy objawy, dodatkowo należy pic duzo płynów).
Ale wracając do drogi. Po tak niesamowitej przeleczy dalsza droga schodzila coraz bardziej w dol, Az dotarliśmy do Sarchu (4150 m npm). Tu kolejna rejestracja paszportow, a było ich podczas podrozy kilka. Sarchu jest mala osada, nie nazywam jej wioska, bo nie ma tu typowych domow, która sluzy jako miejsce noclegowe w drodze do Leh. Jest tu wiele obozow z namiotami, gdzie można się przespac, bądź zjesc jakis posilek. Mnie to miejsce nie zauroczylo. Dalsza droga ciągnęła się przez niesamowite doliny, niemal pustynne. Krajobraz zmienial się coraz bardziej. Już nie było traw, drzew, wiosek… jedynie wysokie gory, piach i pustynny krajobraz. Widac bylo, ze zmierzamy do Ladakh:)
Kolejny przystanek mial miejsce w malej w osadzie Tang. Tutaj Manu juz wyraznie odczuwal skutki wysokości. Nie wspomne o tym, ze niemal cala droge spal i nie miał sily się ruszyc. Ja za to cala droge z aparatem w dloni wystawalam przez okno i pstrykalam zdjęcia. Bylam tak podekscytowana!!! W koncu jechałam w moje ukochane Himalaje:)
Droga ciagnela sie w nieskonczonosc,a w pewnych momentach byla nawet niebezpieczna. Na szczescie nasz kierowca był wolniejszy, ale co wazne prowadzil bardzo bezpiecznie (w innym poscie opisze, jak wracalam z Leh, kiedy to mielismy kierowce wariata i wielkszosc pasażerów modlila się, aby przezyc te podroz). Niestety musieliśmy za to zapłacić… czas podrozy przeciągnął się z 18 do 22 godzin:(. Pod koniec już wszyscy umierali ze zmeczenia. Nawet wygodne siedzenia nie pomagaly,a nogi i cale cialo wolaly "ratunku" od siedzenia w jednej pozycji. Ale co się dziwic. 22 godziny to dluuuuggii czas:). Z tego tez powodu juz po ciemku wjeżdżaliśmy na ostatnia przelecz – Taglung La (5328 m npm) i po ciemku dojechalismy do Leh o 1-szej w nocy. Nie omieszkam wspomniec, ze nasz kierowca przysnal na sekunde przed kierownica i to w drodze na przelecz. Wszyscy się wystraszyli, bo w koncu z jednej strony mielismy wysokie zbocze, a z drugiej wielka przepasc. Nakazalismy kierowcy wysiąść, odetchnąć na świeżym powietrzu, a po 15 minutach ruszyc dalej. Oczywiście kierowca zaprzeczyl, ze zasnął, dementując ten fakt stwierdzeniem, ze się przeciągał.. ale dla nas wyglądało to nieco inaczej. Jednak co się dziwic. 20 godzin przed kierownica, dla jednej osoby, po takich gorskich drogach to naprawde wielki wyczyn!! Cale szczescie wypadki autobusowe nie są czeste. Gorzej z ciężarówkami!
Jak wspomniałam do Leh dojechaliśmy o 1-szej. Wraz z Manu mielismy plan wysiąść w Karu, gdzie znajdowal się jeden z kolegow Manu. Niestety o tak poznej porze nie mogliśmy się do niego dodzwonic, wiec nie zostalo nam nic innego jak udac się prosto do Leh.
Leh przywitalo nas ciemnoscia i liczna iloscia psow na ulicach. Dodatkowo znalezienie noclegu nie było najłatwiejsze, bo kierowca zatrzymal się tuz przy dworcu autobusowym i nie wiedzielimy, gdzie się udac. W koncu był srodek nocy. Wraz z dwojka innych towarzyszy z drogi wzielismy taksowke, która zawiozła nas do turystycznej czesci Leh i tam w pierwszym dostępnym hotelu, wymeczeni nieziemsko zostaliśmy na noc.

poniedziałek, 7 września 2009

Ostatnie chwile w Kaszmirze i powrot do Polski

Juz w domku... z pieknym mehandi na ciele:)

Wspomnienia z Kaszmiru - Dal Lake, Srinagar!
Drahanka i kwiat lotosu:)
Pływajac po jeziorze Dal! Srinagar!



Kolejne przepiekne kaszmirskie jezioro:)
Dwa lobuziaki:)
Manu i Umar!

Ktos tu sie wybral na szaber... oj ten ciarny lobuziak:)
Przepiekne pola ryzowe Kaszmiru!
Byly tez ogrody Mughal!




Niestety druty kolczaste sa norma...
Ogród Pari Mahal...



Zachod slonca nad Dal Lake:)


Moje ulubione kaszmirskie autobusy:)..
niemal jak z innej epoki:)
Tuz przy granicy z Pakistanem:)
Za tymi gorami mamy Pakistan:).. a do tego ktos tu sie zmeczyl:)
Biegiem do Pakistanu???

Czy widzisz gołębia?
Gulmarg...wspinalismy sie na te szczyty, ale pogoda niepozwolila..
Szkoda, bo widac stamtad Nanga Parbat...a za kolejnym pasmem (15 km dalej) jest juz Pakistan:)
Wielki meczet w Srinagar:)... niemal jak Taj Mahal:)
Moje ukochane dzieciaczki ze Srinagar:)
Uwielbiam ich:)
Obok pieknych zabytkow sa tez druty kolczaste:)
Jezioro Dal
Typowe stroje kobiece... przyznaje sie.. nie przymierzalam:):)
W drodze do Pahalgam:)
Ktos skakal z radosci:)

Ktos skakal jak wariat:)
Uroki Kaszmiru... przecudowne gorskie rzeki:)



Powrot do Delhi...nawet chmury nas zegnaly:):)

20-29.08.2009
To był piekny czas z Manu. 9 dni w Kaszmirze minelo jak chwilka.
Podczas mojej ostatniej podrozy do Ladakh przecielam jedynie Kaszmir. Tak mnie jednak zauroczyl, ze moim celem stalo się wrócić tam na nieco dłużej. Plan zakładał piekne gory, zwiedzanie wiosek, integrowanie się z lokalnymi ludzmi. Nie wszystko się udalo, ale i tak wyjazd byl przepiekny. Zwiedzilismy wszystkie ogrody w Srinagar (Nishat, Shalimar, Pari Mahal), pływaliśmy shikara po Dal Lake, zwiedzaliśmy wielki meczet (Hazratbal Shrine). Nie obeszlo się również bez spotkania z natura i gorami:0 Chodzilsimy po Gorkach w Gulmarg i Pahalgam, czy tez spacerowalsimy niemal na granicy z Pakistanem. Było pieknie i romantycznie. Do tego towarzyszylo nam pyszne kaszmirskie jedzenie… dokladnie cos dla Drahanki – mięsko:) Mniam, mniam. Jedyne co w jakis sposób mnie nie urzeklo to mentalność ludzi..Sa bardzo zamknieci, traktuja cie z rezerwa i generalnie bardzo ciezko nawiązać z nimi kontakt. A ja przeciez uwielbiam ludzi i w podróżowaniu to jeden z głównych elementow. No niestety w przypadku Kaszmiru troszke niezaspokojony:). To prawda, ze wiele czasu spedzilismy z bliskim przyjacielem Manu – Umarem. Umar widywal nas każdego dnia, wozil po roznych zakatkach Kaszmiru, był przesympatyczny i towarzyski. Ale Umar był nam bliski, a analizując postawe osob, które spotykasz na ulicach czy w sklepach, wlasnie takie odczucia przeważają. Może trafilismy na niedogodny czas, bowiem w momencie gdy przyjechaliśmy do Kaszmiru rozpoczynal się ramadan, wiec zakazane było spozywanie jakichkolwiek posiłków w godzinach od 5-19. To oczywiście w jakis sposób wpływało na humor,czy aktywność lokalnych.
Niemniej czas w Kaszmirze był piekny. Nie spalismy na łodziach na jeziorze, gdyz tansze pokoje przerażały wygladem i warunkami, a te droższe powalaly cena. Udalo nam się jednak, gdyz znaleźliśmy przepiekny pokoik, tuz nieopodal jeziora i to za niewygorowana cene:).
O Kaszmirze mogłabym pisac wiele…ale to w kolejnych postach razem ze zdjęciami:)

Niestety po tym wypadzie w Kaszmir przyszedł czas powrotu do Polski. Moja wiza wygasala 3.09, wiec nie zostalo mi wiele czasu. Do tego mój lot był zarezerwowany na 1.09, wiec ostatnie dwa dni to bieganie po sklepach, pakowanie, robienie mehandi i spotkania ze znajomymi. Zwariowany, szalony czas:) Samo umalowanie raczek i nózek zajęło ponad 4 godziny:):):)
Los mi jednak sprzyjal… dalam rade spakowac się do plecaka (co wg mojej przyjaciółki mialo graniczyc z cudem), nie zaspalam na samolot, mimo ze ostatnie dwie noce mielismy nieprzespane z zabiegania… a na lotnisku okazałam się najwieksza szczesciara na swiecie:)
Otoz przy odprawie bagazu dostalam informacje, ze na ta chwile nie dostane numeru siedzenia w samolocie, bo podobno jestem za pozno (co ciekawe odprawialam bagaz 2 godziny przed odlotem, dlatego fakt, ze jestem za pozno, nieco mnie zaskoczyl, no ale coz…) Bylam tym faktem nieco podlamana, gdyz zaplanowalam siedzenie przy oknie, podziwianie widokow.. w koncu mój lot był w ciagu dnia. A tu niespodzianka… nie ma zadnego siedzenia.. może dadza mi miejsce pilota. Nie mam doświadczenia w sterowaniu samolotem, ale w koncu byloby to nowe wyzwanie.. czemu nie:)
Przy wejściu do samolotu okazało się, ze to mój szczesliwy dzien. Mój bilet zostal podniesiony do klasy biznes:) Czekal mnie wiec lot w biznes klasie i to w Lufthansie. Czy mogłam wymarzyc sobie lepszy lot do Polski:)
Siedzenie przy oknie, piekne widoki, przecudowne jedzenie, niemal jak w renomowanej restauracji, z obrusem na stole, piekna zastawa, niesamowitym menu i przemila obsluga na kazde zawolanie. Do tego niesamowicie wygodne siedzenie rozkladane do pozycji lozka, nawet z masazem. Nie wspomne juz o rozrywkach.. różnorakie kanaly dostępne we wszystkich jezykach. Mój plan zakładał ze będę spala w samolocie, ale takie luksusy mi na to nie pozwolily. To prawda poczatkowo bylam nieco skrepowana, gdyz moimi towarzyszami byli jedynie biznesmeni w gajerkach. A tu niespodzianka.. Drahanka w sztruksach i zwyklej koszulce, a do tego mehandi na rekach i nogach. Ni jak nie pasowalam do tego towarzystwa:)… ale co tam:)
Po godzinie przywyklam i korzystalam z urokow biznes klasy. W koncu to może jedyny raz w zyciu:)!!!
Tym sposobem lot do Monachium spedzialam w luksusowych warunkach. Wygoda i piekne krajobrazy za oknem. Jakze piekne gory mijaliśmy przelatując nad Uzbekistanem, czy Pakistanem..Morze Kaspijskie tez urzeklo swoim kolorem i linia brzegowa!!!
Czegho mogłam sobie wiecej zyczyc…
W Monachium trzygodzinne oczekiwanie na samolot do Wroclawia… i popołudniu bylam już niemal w domu. Kolejne mila niespodzianka. Samolot z Monachium zrobil koleczko i zakręcił dosłownie nad Wroclawiem. Wroclaw z lotu ptaka zauroczyl. Zaskoczyl mnie jednak rozmiarem. Wydal się taki malutki, ale co się dziwic, gdy porównamy go z rozmiarem 14 milionowego Delhi bądź 18 milionowego Mumbaju. Wydaje się być mala wioska:):)

No wiec wróciłam na polska ziemie.. teraz czas na rodzine, przyjaciol i uzupełnianie zaleglosci na blogu. A jest tego wiele.
Wrocilam i ciesze się, ze tu jestem..ale po takim czasie moje serce jest również w Indiach i teskni za nimi!!!